Nasz umysł, to MY – rozmowa z psychologiem Moniką Kotlarek

Szczerze przyznam, że Monikę Kotlarek poznałam dzięki portalowi Psychologia Społeczna. Była autorem informacji o szpitalach psychiatrycznych, a że fabuła mojej książki „Placebo” ma właśnie miejsce w takim szpitalu, to temat jest mi jakoś dziwnie bliski. I tak po nitce do kłębka, trafiłam na Blog Moniki Kotlarek – Psycholog pisze, który bardzo polecam. Sama tam zaglądam. Cenię bardzo osoby, które posiadają dużo empatii i w zasadzie to jest mój klucz doboru osób do Fabryki Ludzi. Już to wiem na sto procent. Szukam Ludzi i tyle.

Kim jest Monika Kotlarek? Jest psychologiem i psychoterapeutą. Mieszka nad morzem. Fascynują ją ludzie. To im poświęca się zawodowo i prywatnie. Daje mi to ogromną satysfakcję – podkreśla Monika. Zachęcam do przeczytania rozmowy, szczególnie osoby, które interesują się tą sferą życia jaką jest umysł i psychika.

 

profilove

Poznałam Twoją działalność po przeczytaniu jednego z artykułów na portalu Psychologia Społeczna, dotyczył on szpitali psychiatrycznych, a że temat jest mi bliski z racji mojej ostatniej książki, zwróciłam na materiał uwagę. Jak myślisz, dlaczego jest tak, że szpitale psychiatryczne z jednej strony przerażają, a z drugiej strony fascynują nas?

Sądzę, że głównym powodem, dla którego szpitale psychiatryczne wydają się nam przerażające jest ich niechlubna historia. Eksperymenty przeprowadzane na ludziach, metody „leczenia” graniczące lub będące torturami. W przełamaniu tego lęku nie pomagają także filmy pokazujące same okropności i dramat pacjentów.

Fascynującym elementem szpitali jest na przykład to, że… właśnie budzą lęk. Są jedną wielką niewiadomą. Na oddziale kardiologicznym wiemy mniej więcej kto leży i jakie ma problemy. Na psychiatrycznym już niekoniecznie. Same zaburzenia psychiczne mogą przerażać. W połączeniu z (najczęściej) mrocznymi budynkami i niepozytywną historią – fascynacja podszyta lękiem gotowa.

Dlaczego tak rzadko interesujemy się swoim umysłem? Ostatnio pisałam pewną recenzję, w której podkreśliłam to, że człowiek więcej czasu poświęca na studiowaniu instrukcji jakiegoś sprzętu elektronicznego, niż swojego umysłu. Dlaczego tak rzadko interesujemy się ta sferą?

Umysł, nasza psychika, to coś nieuchwytnego. Jak badać coś, czego nie da się zobaczyć? Jak studiować coś, czego nie można dotknąć? Nasza osobowość, w przebiegu życia, ukształtowała się niejako „sama”, bez naszego wielkiego, świadomego udziału. Dlaczego zatem teraz mielibyśmy się na niej skupiać?

Zauważamy ją dopiero, gdy coś się dzieje. Nie robimy badań kontrolnych, jak badania krwi czy moczu. Orientujemy się, że coś jest nie tak najczęściej, gdy jest już bardzo późno.

Nikt też nigdy nie nauczył nas, jak ważnym (najważniejszym) elementem nas samych, jest nasz umysł. Że nasz umysł, to MY. Nikt nie uczy dzieciaków w szkole, że warto zwracać uwagę na swoje myśli i emocje. Wymaga się od nas regularnych badań cytologicznych, a nie proponuje profilaktycznych spotkań z psychologiem. Umysł zawsze traktowany był po macoszemu. Nie wiemy na co trzeba reagować, co jest zupełnie naturalne, a co może świadczyć o rozpoczynającym się zaburzeniu

No i najważniejszy czynnik, czyli stereotyp wariata. Każdy, kto jakkolwiek działa w kierunku zadbania o swój umysł, czy to lecząc się u psychiatry, czy korzystając z pomocy psychologa, od razu ma przypinaną łatkę świra.

Jeśli tego nie zaczniemy zmieniać (edukacją, przykładami z życia), to nadal będziemy traktować nasz umysł, jako coś drugo albo i trzeciorzędnego. Jako dodatek do serca, płuc, żołądka i genitaliów. Kiedy zrozumiemy, że bez umysłu nie byłoby nas?

Skąd u Ciebie to zainteresowanie? Kiedy poczułaś, że to właśnie ludzki umysł Ciebie fascynuje?

Odkąd pamiętam byłam osobą wrażliwą na innych ludzi. Miałam i mam nadal mocno rozbudowaną empatię. I tak gdzieś w okolicach liceum (17-18 lat) zaczęłam rozumieć, że człowiek, to nie tylko to, co widzę. To nie tylko ręce, nogi i wyraz twarzy. To bardziej holistyczny „twór”, którego życie toczy się we wnętrzu. To z wnętrza, z umysłu pochodzą myśli, emocje, motywacje. To umysł warunkuje nasze zachowania. To w końcu umysł jest tym, czym my jesteśmy. Charakter, osobowość, wszystkie przeżycia, traumy, doświadczenia negatywne i pozytywne. To wszystko i jeszcze dużo dużo więcej, mieści się w naszej psychice i tym właśnie jesteśmy. Złożoność umysłu jest niezwykle fascynująca dla mnie.

Przeczytałam, że badałaś zjawisko lęku przed śmiercią, skąd on się bierze?

Anthony de Mello napisał kiedyś, że nie boimy się nieznanego, lecz utraty tego, co doskonale znamy.

I chyba z tanatofobią też tak jest. Nie wiemy, co będzie po śmierci. W zależności od tego czy jesteśmy wierzący, ile mamy lat, w jakiej kulturze się wychowaliśmy – wszyscy obawiamy się utraty tego, co mamy. Boimy się, że rodzina będzie cierpiała, że nie trafimy do nieba, że jeszcze nie wszystko udało nam się zobaczyć na świecie, że zbyt mało doświadczyliśmy, że nie zjedliśmy tego konkretnego dania i już nigdy nie będziemy mieli takiej okazji.

Przeraża nas także swego rodzaju nieodwołalność śmierci. I nie wiemy, czy „tam” jest lepiej i czy :”tam” w ogóle jest cokolwiek, więc chcemy kurczowo trzymać się doczesności, a kultura wyznacza nam cele, które mają za zadanie zagłuszyć ten lęk, jak np. ukończenie szkoły, zdobycie pracy, przedłużenie gatunku itp.

Sam lęk przed śmiercią jest lękiem egzystencjalnym i pojawił się wraz z wykształceniem się wyższych funkcji psychicznych jak np. umiejętność abstrakcyjnego myślenia. Lęk pojawia się częściej u kobiet, ale obie płci nie są od niego wolne np. w okresach chorób czy utraty ukochanej osoby.

Jednak lęk, jeśli nie jest paraliżujący i nie wymaga terapii, pełnie także bardzo pozytywną funkcję, bo dzięki niemu np. dbamy o zdrowie, chętniej pomagamy innym i mamy większą motywację do tego, by „korzystać z życia”.

Czy faktycznie jest tak, że niektóre osoby rodzą się z mniejszym poziomem serotoniny i że te osoby częściej chorują na depresję, czy depresja jest jedynie składową nadmiaru negatywnych przeżyć?

Mówimy tutaj o dwóch (z wielu) rodzajach depresji. Osoby, które rodzą się z pewnym „defektem”, który powoduje, że ich mózg nie przewodzi odpowiedniej ilości serotoniny, mogą cierpieć na tzw. depresję endogenną. W takim wypadku niezbędne jest leczenie farmakologiczne, wspierane psychoterapią i pomocą bliskich.

Istnieje też tzw. depresja reaktywna, która jest odpowiedzią umysłu i organizmu na nadmiar negatywnych przeżyć (np. śmierć kogoś bliskiego). Wtedy pomóc może terapia, czas przy ewentualnym lekkim wsparciu lekami.

Rozpoznajemy jeszcze depresję sezonową, poporodową, psychotyczną, charakterystyczną dla osób starszych czy maskowaną, krótkotrwałą lub przewlekłą. Przy tylu opcjach, jedyną osobą, która może postawić prawidłową diagnozę jest lekarz psychiatra. I nie należy się tego obawiać.

Załóżmy, że czytają nas osoby, które są apatyczne i często popadają w tzw. czarną dziurę, jak można to zmienić?

Jeśli mówimy o apatii i ogólnej melancholii, to możliwe, że jest to część naszej osobowości. Tacy jesteśmy. Trochę bardziej refleksyjni, wrażliwi. Jeśli czujemy smutek, warto znaleźć pasję, hobby, nauczyć się relaksować, czytać książki, wziąć przyjemną kąpiel, wypić ulubioną herbatę, spotkać się z przyjaciółmi, obejrzeć ciekawy film. Znaleźć coś, co sprawia nam frajdę i robić to.

Jeśli jednak czujemy, że zrobiliśmy już wszystko i nic z tego, nas nie cieszy. Czujemy się senni, ospali, mamy problemy z jedzeniem, czujemy bezsens i nie znajdujemy powodów do życia – wtedy warto rozważyć wizytę u lekarza, który będzie w stanie stwierdzić, czy mamy epizod depresyjny, który wymaga leczenia.

Czy w naszym środowisku nadal pokutuje osąd, że osoba chora psychicznie to tzw. wariat? Czy nadal wstydzimy się swoich zaburzeń umysłowych?

Niestety nadal tak jest. Idziesz do psychiatry? Jesteś nienormalny. Chodzisz na terapię? Świr. Bierzesz leki przeciwdepresyjne? Wariat. Chcesz pójść do lekarza, żeby zobaczyć czy wszystko w Tobą w porządku? Musisz być psychiczny.

Wielokrotnie spotykałam się z osobami, które podejmowały terapię w tajemnicy przed bliskimi, żeby właśnie nie przyczepiono im łatki wariatów. To niezwykle krzywdzące z dwóch głównych powodów. Po 1. szkaluje się w ten sposób osoby z potencjalnymi zaburzeniami lub będące po prostu na życiowym zakręcie, co je zwyczajnie krzywdzi. Po 2. znacząco utrudnia to szukanie, często niezbędnej, pomocy u lekarza.

Właśnie ze względu na piętno i lęk przed nim, pomoc może przyjść za późno lub nie nadejść wcale.

Jak Ty sobie radzisz z nadmiarem ludzkich przeżyć? Czy trzeba mieć twardą skórę, żeby przyjąć daną historię, przemyśleć i jeszcze pomóc? Czy można się zahartować?

To, czego moim zdaniem trzeba się nauczyć w tym zawodzie, to oddzielenie pracy od życia prywatnego. W czasie godzin pracy jest czas na rozmowy, dyskusje, refleksje, przyjmowanie bolesnych historii, omawianie ich i pomoc. Wtedy jest czas na branie na siebie ogromnej odpowiedzialności. Natomiast po pracy jest czas dla mnie, moich bliskich, czas na pasje, spacery z psem i zaległe książki.

I skłamałabym, gdybym powiedziała, że zawsze udaje mi się idealnie rozdzielić te dwie sfery. Czasem pracuję niemal 24h na dobę, bo przy bardziej złożonym problemie, muszę się nad nim głębiej zastanowić i tak dobrać technikę terapeutyczną, by przyniosła pozytywny skutek.

Gdy czuję, że gromadzi się we mnie nadmiar emocji, czasem potrzebuję się zwyczajnie odciąć. Wyjść na basen, pójść pobiegać, wziąć długi gorący prysznic. Właśnie dla nabrania takich umiejętności ważne jest, by psychoterapeuci przechodzili terapię własną.

Co Ciebie fascynuje w psychologii?

Fascynuje mnie człowiek. Po prostu.

 

Kiedy poprosiłam Monikę o fotografie do wywiadu, otrzymałam te poniżej… są bardzo wymowne.

depresja-1

depresja-2-3 depresja-3 depresja-4 depresja-5

depresja-6

depresja-7

 

depresja-9

depresja-10

depresja-11

depresja-12 depresja-13

 

źródło vira.lu