„Sama sztuka jest niemalże ze swej natury maską” – rozmowa o Beksińskim

Czekałam na rozmowę z twórcą profilu o Zdzisławie Beksińskim kilka miesięcy. Udało mi się nareszcie porozmawiać z Kamilem Śliwińskim i szczerze przyznam, że jestem pod wielkim wrażeniem, jak przeczytacie to będziecie wiedzieli dlaczego. Twórczość Zdzisława Beksińskiego była i jest dla mnie bardzo inspirująca. Już w liceum czytałam książkę Orwella Rok 1984, której okładka przedstawiała obraz Mistrza. Już wtedy byłam pod wielkim wrażeniem jego twórczości, choć dostęp do Beksińskiego był bardzo ograniczony. Dziś bardzo cieszę się, że możemy prace artysty podziwiać m.in. na profilach „Zdzisław Beksiński – Bez tytułu / Untitled” na Facebooku oraz Instagramie.

 

Kim jest dla Ciebie Zdzisław Beksiński?

Nie wiem czy kiedykolwiek będę potrafił odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Mógłbym wymieniać długo… Z jednej strony nieskończonym źródłem inspiracji, ale jednocześnie pewnego rodzaju tajemnicą, którą dzień w dzień odkrywam. Człowiekiem, który czuł zbyt wiele, ale znalazł znakomity sposób, by sobie z tym radzić. Domorosłym filozofem, który w niezwykle celnych rozważaniach często mierzył się z wątpliwościami, które dziś towarzyszą i nam. W końcu godnym największego podziwu wizjonerem, który swą niesamowitą twórczością wyprzedził czasy, w których przyszło mu żyć. Podsumowując, jednym z najwybitniejszych, najoryginalniejszych, kompletnych i ponadczasowych polskich artystów XX wieku, a kto wie czy nie i wszech czasów.

 

Cieszę się, że promujesz twórczość Mistrza. Uważam, że i tak za mało miejsca poświęca się jemu w naszym kraju. Czym kierowałeś się tworząc profile właśnie na temat Beksińskiego?

Najważniejszym powodem było z pewnością to, że twórczość Mistrza trafia idealnie w moje gusta – na pytanie o ulubionego artystę bez chwili zastanowienia wskazałbym właśnie Pana Beksińskiego. Jego sztuka jest nieoczywista, często niełatwa w odbiorze, a dla niektórych wręcz ciężkostrawna – to sztuka, która zadaje pytanie, nie próbuje na nie odpowiadać – a taką właśnie lubię najbardziej. Choć twórczość tę znam od kilkunastu lat to moja poważniejsza przygoda z Beksińskim, którą do dziś możesz obserwować na profilach, które prowadzę, rozpoczęła się od… korespondencji z Panem Piotrem Dmochowskim (byłym marszandem artysty). Kiedy w 2014 roku trafiłem w jednym z warszawskich Empików na książkę Pani Magdy Grzebałkowskiej poświęconą rodzinie Beksińskich kupiłem ją od razu i pochłonąłem w mgnieniu oka. Po tej lekturze postanowiłem jeszcze bardziej zgłębić temat i latem tego samego roku napisałem krótki list do Pana Piotra – czemu akurat do niego, sam nie wiem, ale ku mojemu zaskoczeniu bardzo prędko otrzymałem odpowiedź. Później przez kilka miesięcy korespondowaliśmy mailowo – Pan Piotr odpowiadał na moje pytania o Mistrza, słane w ogromnych ilościach, dyskutowaliśmy o tym co działo się i dzieje wokół sztuki artysty, również o powstającym wówczas scenariuszu do filmu “Ostatnia rodzina”. Po jakimś czasie otrzymałem od Pana Piotra książkę “Zmagania o Beksińskiego” oraz albumy z twórczością Mistrza wydane przez niego we Francji. Jesienią 2014 roku zaangażowałem się bardziej w upadłą wówczas inicjatywę poszukiwania miejsca dla kolekcji obrazów Państwa Dmochowskich w Warszawie. Dzięki temu miałem okazję poznać wiele ciekawych osób przychylnych sztuce Beksińskiego, w tym dyrekcję krakowskiego NCKu, który również był zainteresowany tą kolekcją, a do którego, jak wszyscy wiemy, ostatecznie trafiła. Z Warszawą się nie udało, mimo wielkiego zaangażowania, przychylności wielu ludzi czy chociażby niewykorzystanej petycji do Ministra Kultury podpisanej przez tysiące fanów artysty – to dość długa i skomplikowana historia, niestety bez happy endu. Na ten jednak wciąż próbuję zapracować ponieważ uważam, że to właśnie stolica, jak żadne inne polskie miasto obecnie, zasługuje na stałą ekspozycję dzieł Pana Beksińskiego – wyraźny ślad jego wieloletniej obecności w tym mieście.

 

Byłam ostatnio w towarzystwie osób, które spierały się na temat Mistrza i tego, jakim był człowiekiem – jedni twierdzili, że był zewnętrznie uśmiechnięty, a inni mówili, że daleko było mu do radości. Według Ciebie jakim był człowiekiem? Czy przybierał maski?

Wychodzę z założenia, że spierać się w tym temacie pełne prawo mają jedynie osoby, które znały osobiście Pana Zdzisława – ja niestety nie miałem tej przyjemności, bardzo tego żałuję. Niemniej przez ostatnie 3 lata miałem okazję poznać i wielokrotnie rozmawiać z kilkunastoma osobami, które nie tylko poznały artystę, ale również przyjaźniły się z nim, zresztą z całą rodziną Beksińskich – to właśnie na podstawie ich relacji oraz rzecz jasna, zapisków samego artysty, staram się wyrabiać sobie zdanie na jego temat.
Czy daleko mu było do radości? Jestem przekonany, że nie, choć na pewno nie należał również do przesadnych optymistów. Niestety wśród osób, którzy interesują się polską sztuką wciąż pokutuje bardzo krzywdzące, a dla mnie zupełnie niezrozumiałe postrzeganie Pana Beksińskiego jako dziwaka o makabrycznie depresyjnym usposobieniu. Bo czy to możliwe, żeby człowiek na co dzień pogodny mógł tworzyć “takie” obrazy? Okazuje się jednak, że nie tylko mógł, ale i robił to z powodzeniem przez dziesięciolecia. Według mnie Beksiński właśnie w swojej twórczości znalazł ujście dla wszystkich negatywnych czy ponurych myśli, które go nachodziły, co pozwoliło mu zachować odpowiedni dystans do rzeczywistości. Pamiętajmy, że Beksińscy, zwłaszcza po przeprowadzce do Warszawy, wcale nie mieli łatwego życia. Wraz z nimi do niewielkiego mieszkania na Służewiu przeprowadziły się dwie starsze i schorowane kobiety, matka i teściowa Zdzisława, a niespełna 20-letni wówczas syn Tomek, wyraźnie niezadowolony z tej zmiany, zaczynał mocno dawać się rodzicom we znaki. Mimo wszystko Beksińscy radzili sobie z tą sytuacją, a to w dużej mierze dzięki żonie malarza, gospodyni domu, Pani Zofii. To właśnie jej poświęcenie pozwalało Zdzisławowi dalej tworzyć mimo wielu codziennych trudów. Ale pytasz jakim był człowiekiem… Sam o sobie pisał, że pełnym wątpliwości, z czym trudno się nie zgodzić analizując chociażby jego dzienniki. Na pewno bardzo inteligentnym, oczytanym i rozgadanym perfekcjonistą z niezwykle błyskotliwym poczuciem humoru, o którym wspomina większość z jego znajomych. Dziś, z perspektywy czasu i zdobytej wiedzy dodałbym jeszcze, że prawdziwym mistrzem artystycznej autokreacji. Może nie tak rozkrzyczanym i ekscentrycznym jak dla przykładu Witkacy, ale jednak. Beksiński przez całe życie borykał się z niepewnością czy to co robi ma w ogóle sens, ale jednocześnie nawet na moment tego nie porzucił, nie przestał tworzyć. Zmieniał jedynie rodzaje ekspresji, bo oprócz tak popularnego malarstwa była również fotografia, rzeźba czy grafika komputerowa – wiele eksperymentował, próbował, ale to czemu pozostał wierny przez całe życie to właśnie procesowi tworzenia, który w dodatku bardzo dokładnie dokumentował jakby przeczuwając, że ktoś może kiedyś chcieć go poznać. Zatem z jednej strony mamy niezwykle skromnego artystę, który chyba do końca życia był szczerze zaskoczony tak dużą popularnością swojej twórczości, a z drugiej człowieka śmiertelnie przekonanego o słuszności obranego kursu w życiu. Czy cokolwiek w nim czy w jego twórczości było maską? Beksiński sam odpowiedział kiedyś na to pytanie: „sama sztuka jest niemalże ze swej natury maską. Z jednej strony odsłania to, co artysta sam chciał pokazać, z drugiej obnaża i mimowolnie ukazuje jakąś tajemnice o nim”. Mam wrażenie, że skrajne postawy były częścią natury niektórych ludzi od wieków, a przypadek Beksińskiego nie stanowi tutaj wyjątku. Wszyscy nosimy maski, a zdejmujemy je już chyba tylko przed własnym odbiciem w lustrze.

 

Zatem czy “maska” w dzisiejszej Polsce też jest potrzebna?

Granice kraju nie mają tutaj większego znaczenia. Gdybym był optymistą napisałbym, że nie, ale czy to w ogóle możliwe? Uważam, że owo “przybieranie masek” stało się już częścią nas, że nie potrafimy już funkcjonować inaczej, nie wiem nawet czy kiedykolwiek potrafiliśmy. Jako jedyne istoty na tej planecie jesteśmy obdarzeni niezwykłym darem – inteligencją i zdolnością logicznego myślania – to właśnie one sprawiły, że nie zawsze chcemy pokazywać na zewnątrz to, co dzieje się w środku. Ze wstydu, ze strachu, z chęci ukrycia czegoś przed innymi, a czasem po prostu by połechtać własne ego i wywyższyć się nad innymi. Nie wiem więc czy maski są nam potrzebne – wiem jednak, że żyjemy z nimi na co dzień, więcej, nawet ich nie zauważamy. A czy jest w tym coś definitywnie złego? Ci, którzy podchodzą do życia idealistycznie od razu odpowiedzą, że tak. Że to jedna wielka nieszczerość, ukrywanie uczuć, emocji, kreowanie się na kogoś, kim w rzeczywistości nie jesteśmy. Ja jednak, będąc do szpiku kości realistą, nie byłbym tak kategoryczny w ocenie. Jeśli tylko nie tracimy w tej maskaradzie zdrowego rozsądku, nie krzywdzimy ludzi wokół, to co w tym złego? No właśnie. Prosty przykład: jednego dnia potrafię mieć humor wręcz wisielczy (na skutek jakiejś smutnej wieści, filmu, książki, refleksji, czegokolwiek) i sprawiać wrażenie niespecjalnie miłego typa, a kolejnego dnia wręcz przeciwnie – uśmiechać się od ucha do ucha i zarażać radością innych. Dla postronnego obserwatora jedno z tych zachowań mogłoby być maską – ja jednak dobrze wiem, że moja natura bywa różna i nie ma w tym nic z udawania. W końcu nic co ludzkie nie jest definitywnie “czarne” albo “białe” – to cała paleta szarości pomiędzy praktycznie nieosiągalnymi skrajnościami.

Cóż… Przyszło nam żyć w czasach, w których o tym jak nas odbierają ludzie wokół decyduje w dużej mierze zawartość naszych profili społecznościowych, a owe “zakładanie maski” zostało nawet nazwane przez specjalistów od wizerunku zgrabnym pojęciem “personal brandingu”. Granice zatarły się już dawno temu dlatego choćbyśmy dumali dniami i nocami nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie – według mnie taka po prostu nie istnieje.

 

Wracając do Beksińskiego – było w nim dużo smutku czy dużo prawdy?

Jedno drugiego nie wyklucza. I to nie tylko w przypadku Pana Beksińskiego. Powiem więcej, uważam, że zdecydowanie więcej prawdy niesie ze sobą smutek niż radość, a życie i twórczość Mistrza są tego dobrym przykładu. Spójrzmy, przyszły wybitny polski surrealista urodził się w niewielkim Sanoku, w raczej majętnej rodzinie, jego przodkowie byli szanowani i lubiani, a młody Zdzisek traktowany wręcz jak panicz – teoretycznie niczego mu nie brakowało. Od małego przejawiał zdolności artystyczne (które prędko dostrzegła w nim jego matka, która marząc o synu artyście starała się je pielęgnować), ale wychowany twardą ręką ojca musiał porzucić marzenia o szkole filmowej i skończył architekturę w Krakowie – miał zostać jednym z architektów odbudowującej się po wojnie Polski. Na studiach poznał inteligentną, wrażliwą i piękną romanistkę z Dynowa, Zosię. Prędko się z nią ożenił, wrócił do rodzinnego Sanoka, dostał przydział do pracy w miejscowej fabryce Autosan, w końcu spłodził jedynego potomka. Wszystko to brzmi jak z idealnego scenariusza, zwłaszcza w dość trudnych czasach komunistycznych, daleko na prowincji. Mimo to w Beksińskim wciąż tlił się gdzieś w środku ten wewnętrzny smutek, który ujście znalazł dopiero wtedy, gdy zaczął tworzyć. I nie było w tym nic z udawania – jego smutek, choć nienazwany, aż bije szczerością z obrazów, rysunków, zdjęć. I kto wie, może to właśnie on tak mocno przyciąga widzów? Może dlatego, że Beksiński właśnie w swojej twórczości zamykał smutną prawdę o otaczającej go rzeczywistości? Chciałbym wierzyć, że tak właśnie było.

 

Zmieniając nieco temat, czy według Ciebie lęk pokonał Beksińskich czy ich inspirował?

Według mnie lęk nie pokonał żadnego z Beksińskich. A czy inspirował? Czy lęk może w ogóle inspirować do czegokolwiek? Sam nie wiem. Z racji pasji, ale i usposobienia jest mi znacznie bliżej do osoby Pana Zdzisława, jego twórczości i przemyśleń, ale znając dość dobrze historię jego rodziny, trudno nie mieć w tym temacie zdania również o Tomku. Odnoszę wrażenie, że o ile ojciec, najpewniej dzięki swojemu artystycznemu zajęciu, perfekcyjnie radził sobie z wewnętrznym smutkiem, o tyle syn nie miał już z nim tak łatwo, a jego charakter i natura w wielu kwestiach wcale nie pomagały. Nie uważam jednak, by decyzja o odebraniu sobie życia przez Tomka wyniknęła z lęku przed istnieniem jako takim – raczej z niemożliwości zaakceptowania świata takim, jakim się stał. Nie od dziś wiadomo, że przez wiele lat borykał się z problemami, których mimo wielu prób pomocy i terapii nie udało się rozwiązać. Przez cały ten czas coś się w nim kumulowało, coś co w końcu musiało znaleźć i znalazło swój kres. Może wtedy nikt nie potrafił mu pomóc, a dziś sytuacja wyglądałaby już zupełnie inaczej? Kto wie… Ja nie uważam się za odpowiednią osobę, by dokonywać analizy problemów któregokolwiek z Beksińskich, mam nadzieję, że to zrozumiesz. Podzielę się z Tobą pewną refleksją, która od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. Jestem przekonany, że dziś wszyscy zbyt łatwo oceniamy ich życie i decyzje, które kiedyś podejmowali – kolejny twórcy sięgają po temat Beksińskich z nadzieją na wykorzystanie chwili i silą się na pseudopsychologiczne analizy ich życia stawiając pytania: “Co też z tymi Beksińskimi było nie tak”, “Dlaczego skończyli w taki sposób”, “Co było przyczyną tak wielu tragedii”. Mam już tego naprawdę dość. Doskonale rozumiem, że jako ogół z natury jesteśmy ciekawscy i głodni sensacji, ale w tych dywagacjach gubimy to, co było w tych ludziach najpiękniejsze – ich twórczość, pasje, talenty, ich niełatwą, ale ogromną miłość i wzajemne oddanie. Losy Beksińskich stały się dziś poniekąd lustrem, w którym wielu z nas próbuje się przejrzeć, by po chwili z ulgą odetchnąć i stwierdzić: “u mnie nie jest tak źle”. Prawda jest jednak taka, że ich życie i troski dnia codziennego naprawdę niewiele różniły się od naszych. Gdyby dziś jakiś reżyser dysponował tak obszerną dokumentacją o moim czy Twoim życiu jak w przypadku Beksińskich, to z pewnością mógłby i o nas nakręcić przejmujący film, a już tylko od jego woli zależałoby, czy pokazać nas z tej lepszej czy może bardziej kontrowersyjnej strony. Nikt z nas jednak nie budzi takiego zainteresowania – to oczywiste. Nikt z nas nie był przecież genialnym malarzem, którego sztuka od lat jednych zachwyca, innych przeraża – zadaje pytania, na które odpowiedzi powinniśmy szukać raczej wewnątrz nas samych, niż w materiałach pozostawionych przez Zdzisława Beksińskiego w muzealnych archiwach.

 

Co udało Ci się dotychczas zrealizować i jakie są kolejne plany?

Ciężko podsumować w kilku zdaniach to, co wydarzyło się wokół mojej inicjatywy przez ostatnie 3 lata. Już samo to, że wciąż istnieje, mimo wielu przeciwieństw losu, jest dużym sukcesem (ale jednocześnie świadectwem mojego uporu). Mówimy w końcu o promowaniu dość nietypowej sztuki i to w internecie, który zalewany jest codziennie masą obrazów, często bez żadnej większej wartości. Na co dzień zajmuję się marketingiem w branży internetowej i z perspektywy kogoś, kto wie jak to wszystko działa jestem naprawdę dumny, że ciężką codzienną pracą, bez żadnych nakładów finansowych, akcji promocyjnych czy “kupowania” fanów udało mi się zgromadzić naprawdę zgrane i wierne społeczności ludzi, którzy dzielą ze mną pasję do twórczości Zdzisława Beksińskiego – na Facebooku jest nas już prawie 87 tys., na Instagramie ponad 25 tys. Nie liczby jednak są tu najważniejsze, a ludzie – przez ostatnie lata miałem ogromną przyjemność wymienić chociaż kilka zdań z setkami ludzi, w tym z tymi, którzy na sztukę Mistrza trafili właśnie dzięki mnie. To właśnie te rozmowy sprawiają mi największą frajdę. Świetne jest też to, że moje działania zostały dostrzeżone przez jedynego prawowitego spadkobiercę artysty, Muzeum Historyczne w Sanoku, które bez żadnych dodatkowych formalności pozwoliło mi działać. Za tym poszło oczywiście zainteresowanie innych instytucji kultury, które chętnie udostępniają mi swoje zbiory tylko i wyłącznie po to, bym mógł się nimi podzielić dalej z fanami Mistrza. Od kilkunastu miesięcy współpracuję również z Fundacją Beksiński prowadzoną przez Państwa Baryckich, którzy dobrze znali Beksińskich prywatnie – naszym dużym, wspólnym sukcesem jest z pewnością zebranie brakujących funduszy na dokończenie prac nad dokumentem “Z wnętrza” pomysłu Tomka Szwana i Czarka Grzesiuka, który w przyszłym roku zostanie zaprezentowany szerszej publiczności.

A jakie mam plany na przyszłość? Jest tego naprawdę sporo, ale największym jest chyba to, o czym wspominałem Ci już wcześniej – chciałbym by kiedyś i Warszawa doczekała się godnego miejsca ze sztuką Zdzisława Beksińskiego. Dlatego, że to właśnie tutaj od 1977 roku żył, tworzył oraz w tak okropnych okolicznościach zginął. Jestem bardzo uparty i choć przez te kilka lat zdążyłem zauważyć dziwny opór środowiska to nie mam zamiaru się poddawać i kiedyś dopnę swego – trzymaj kciuki!

 

Chciałabym pomóc choć w minimalnym stopniu w promowaniu jego niesamowitej, kontrowersyjnej, ale bardzo potrzebnej sztuki. Masz dla mnie jakieś zadanie?

Bardzo miło mi to słyszeć ponieważ jak się pewnie domyślasz wciąż jest wiele do zrobienia. Już sama rozmowa z Tobą, możliwość uchylenia rąbka tajemnicy, opowiedzenia o kulisach mojej pasji i codziennej pracy oraz być może zainteresowania nią innych, jest wielką pomocą i serdecznie za nią dziękuję. Zadanie będzie proste – zaglądaj proszę regularnie na profile, które prowadzę – oprócz praktycznie codziennej dawki sztuki Zdzisława Beksińskiego (od fotografii przez rysunki, rzeźby, grafiki po tak uwielbiane przez fanów artysty malarstwo) i informacji związanych z tym, co się wokół niej dzieje, staram się tam również dzielić na bieżąco moimi inicjatywami. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie tego jeszcze więcej, a wtedy każde ręce do pomocy będą mile widziane. Raz jeszcze bardzo dziękuję za przemiłą rozmowę.

 

Ja też Ci bardzo dziękuję.

 


Kamil Śliwiński (ur. 1987) – niespełniony muzyk i niedoszły biolog, który naturę humanisty godzi z empiryczną ciekawością świata; niepokorny indywidualista i realista, pasjonat muzyki i kina, miłośnik sztuki klasycznej i współczesnej, surrealizmu i fotografii, mroku i piękna, literatury pięknej, ale i filozoficznej, psychologicznej oraz naukowej; z zawodu menedżer i marketer, z zamiłowania niepoprawny marzyciel i obserwator.

 

 

Bez tytułu – olej, 1983, 87 x 87 cm

(pełnię praw do dzieł Zdzisława Beksińskiego posiada Muzeum Historyczne w Sanoku)

 

 

Tagi: