Sukces musi dziać się w duszy, a nie na piedestale, z błyskami fleszy – rozmowa z Sandrą Borowiecką

Pewnie pamiętacie głośną sprawę Sandry Borowieckiej, która wysłała do wielu redakcji m.in. do „Wysokich Obcasów” (zachęcam do przeczytania wywiadu pt. Niechciana) list z informacją, że emigruje do Anglii.  Zrobił się wokół tej sprawy spory szum medialny. Szczerze przyznam, że z ciekawością czekałam, co będzie się działo dalej z Sandrą. Podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniona. Miałam okazję zapytać ją o to. Rozmowę przeprowadziłam specjalnie dla portalu Kulturantki.pl

Co dobrego od tamtego czasu stało się w Twoim życiu? Wiem, że wydałaś książkę „Ani żadnej rzeczy”.

Przed tą rozmową, długo zastanawiałam się jak zacząć. Może od: była sobie dziewczynka… emigrantka… rozkapryszona pannica… roszczeniowa dziewucha… ? Albo lepiej była sobie „Niechciana” Sandra, i ku niezadowoleniu tysięcy wątpiących, nadal jest, i osiąga sukcesy… (śmiech) Niech będzie, że zacznę grzecznie, od dzień dobry państwu. No więc, dzień dobry państwu, witam, cieszę się, i tak dalej…

A teraz do rzeczy, bo czas, zwłaszcza w mediach, to pieniądz. Nawiązując do Twojego pytania, mogłabym zażartować cytatem ze słynnej PRL-owskiej komedii, że żyję, owszem.  A z czego? Z jedzenia, jem i żyję. I tak, masz rację, za chwilę miną trzy lata od pamiętnej chwili, gdy wysłałam do mediów list i reportaż „Wyzysk Polski”. To co się po tym wydarzyło, całe to zamieszanie w mediach, wciąż jest gdzieś w mojej pamięci. Patrząc z perspektywy, muszę przyznać, ze nie mogłabym sobie tego lepiej zaplanować, nawet gdybym całą tę akcję faktycznie ukartowała, jak do dziś sądzi wielu Polaków. Premiera „Ani Żadnej Rzeczy”, to, że założyłam własną grupę medialną, w skład której wchodzą wydawnictwo, niezależna telewizja internetowa i magazyn reporterski, to jest to, czym żyję od miesięcy, co mi wypala baterie do maksimum, ale i powoduje, że jestem cholernie zadowolona z siebie. Właściwie, to „Szpalta”, to jest całe moje życie, dokładnie takie, jakiego chciałam trzy lata temu, siedząc na lotnisku, udzielając wywiadu genialnemu Tomkowi Lipko z „Uwaga TVN”. 

W książce możemy poczytać o Hitlerze i Chrystusie… Zważając na naszą obecną sytuację w kraju to odważne i bardzo interesujące (dla mnie przynajmniej) zestawienie. To prowokacja czy prawda? Skąd pomysł na książkę? 

Wszystko co robię to jedna wielka prowokacja (śmiech). A książka, to efekt dwóch lat dziennikarskiego śledztwa, szperania, szukania, wymyślania i ubierania tego wszystkiego w fikcję literacką, bez której nie dałoby się tego wydać, bo opieram się głównie na poszlakach i mglistych, tajemniczych powiązaniach, legendach, wątkach ukrywanych latami przez FBI, CIA, i Watykan. „Ani Żadnej Rzeczy” to sensacyjna powieść, i jak to powieść, ma zmyśloną akcję, w której jednak zawarte są wątki historyczne, i w której pojawiają się postaci z kart historii. Eva Anna Paula Braun, Adolf Hitler, Josef Mengele, całe zastępy zbrodniarzy, nazistów, którzy nigdy nie ponieśli kary! Ciągle nie mogę przestać o tym myśleć, że  nigdy, przenigdy, nikt nie rozliczył ich nazistowskiej działalności. Te wątki, łączą się z bolesną historią Polski z okresu drugiej wojny, z dziećmi, zapomnianymi,  okrutnie pomordowanymi, z obozem dla sierot w Łodzi, którego niewielki budynek, stoi do dziś przy ulicy Przemysłowej, całkiem blisko Getta. Nie mniej ważny jest wątek „rabunku dzieci”, czyli wywózki młodych Polaków do Niemiec,  przekazywania do adopcji przez nazistów i „starannie wyselekcjonowane” niemieckie rodziny. A przy tym wszystkim sensacja, wątek Marii Magdaleny, grota w La Sainte Baume, potomkowie Chrystusa, no i najważniejsze, spiskowa teoria dziejów, mówiąca o tym, że Jezus przeżył ukrzyżowanie, a pomogli mu w tym Święta Anna i sam Poncjusz Piłat!

To doprawdy wiele trudnych tematów w jednej książce…. Chcąc to wszystko skondensować, czego więc może spodziewać się Czytelnik?

Cholera, gdy padają takie pytania, zaczynam żałować, że nie jestem alfonsem. Bo gdybym była, i do tego miała mizoginistyczne skłonności, mogłabym zarzucić Cię teraz stosem łapczywych pochlebstw dla mojej twórczości, w stylu – czytelnik może spodziewać się najlepszej książki w swoim życiu, albo – wspaniałej sensacji, rodem z półki ze światowymi sławami w tej dziedzinie, albo  jeszcze – akcji ostrej jak brzytwa, gęstej jak śmietana, klarownej jak masło, co je można sobie w tył…. no, ten, wsadzić. Tymczasem chcąc nie zostać posądzoną o nadmierną pychę, muszę poprzestać na zapewnieniu czytelników, że się nie zawiodą, a wręcz odkryją książkę, jakiej jeszcze nie było (to akurat względnie bezpieczne, bo plagiatów nikt czytywać nie lubi, patrz: głośna sprawa Sumlińskiego).

baner_FB_coverphoto

Jak długo trwały pracy nad książką, gdzie szukałaś inspiracji oraz materiałów?

Było tak: dzień i noc, noc i dzień, świątek, piątek, sobota, z rwaniem włosów z głowy, przeklinaniem własnej niemocy, braku talentu, rodziny, przyjaciół, sąsiadów i psa, bo swoją obecnością przypominali mi, że w pokojach obok, za ścianami, za oknami, toczy się normalne życie. A cała ta gehenna z pisaniem, bolesna męka trwająca nieprzerwanie przez dwa lata, zaczęła się w dniu Kanonizacji papieża Jana Pawła II. Oglądałam transmisję z Watykanu i nagle wyobraźnia podsunęła mi scenę, od której wszystko się zaczęło. Niewinne początki, to było zadawanie pytań o działalność Watykanu, jego majątek z okresu Drugiej Wojny, neutralność względem Niemiec w tamtym okresie. Nawet nie wiem, w której chwili przerodziły się w coś o wiele poważniejszego, co nabrało kształtu zarysu powieści. Szperanie na temat Piusa XII, doprowadziło na przykład do odkrycia, że przez lata zanim został papieżem, pracował w Monachium, wiele, wiele razy stykając się i negocjując warunki „ugody” z Hitlerem. Reichskonkordat  z 1933 roku obowiązuje Niemcy do dziś! Stąd już tylko krok do szukania powodów, dla których polska płaci miliony na Fundusz Kościelny, a mimo to ciągle słychać ze strony hierarchów kościoła, że to mało, mało, że potrzeba więcej. Albo, w temacie legend o Marii Magdalenie, dotarłam do La Sainte Baume, gdzie do dziś jest czczona jako Prorok, Apostolica, a Chi Ro, czyli Chryzmon, mieszkańcy przypisują jako jej monogram, nie zaś, jak się powszechnie mówi, Jezusa. No dobrze, ale już starczy, bo ja bym tak mogła godzinami opowiadać, dniami całymi też, tyle że wtedy zdradzę całą tajemnicę, i już nikt nie dotrwa do 7 marca, kiedy książka trafi do ogólnopolskiej sprzedaży.

Masz plan na kolejną powieść? 

Niestety dla mnie, jako autora, co mu się jego twórczość uszami wylewa, mam. Pisze się druga część „Ani Żadnej Rzeczy”, pod wielce zagadkowym tytułem „Która Jego Jest”.

Czy w Polsce łatwo jest osiągnąć sukces?

Na dzień dzisiejszy to pytanie, na które mogę odpowiedzieć jedynie teoretyzując. Wbrew pozorom, jestem zdrowa na umyśle, rozpoznaję rzeczywistość – sukces dopiero przede mną, przed moją grupą medialną, także dopiero za rok, dwa, będę mogła dać Ci odpowiedź na bazie doświadczeń własnych. A dziś… no cóż… (westchnienie) jasne że nie jest łatwo, sporo o tym mówiłam, kiedy zrobiono ze mnie słynną emigrantkę. Nie jest łatwo zacząć, przepchnąć się przez rząd dusz, układy, układziki, sympatie,  jak się nie chce być jak szczotka do kibla. Najtrudniejsze jest nie zwątpić w swój pomysł, zanim się coś wreszcie uda zrobić. Zresztą, pojęcie sukcesu jest względne, bo nie da się ustalić (mówię o tych zdrowych na umyśle, nie zapaleńcach, co lubią być targani za włosie), kiedy on nadchodzi, kiedy jest to już, ten szczyt szczytów. To się musi dziać w głowie, w duszy, a nie na piedestale, z błyskami fleszy.

Muszę o to zapytać, Twój najlepszy autor?

Bez szans, żeby udało mi się wymienić tylko jednego, i to bez mieszania maluczkich z wielkimi. Bułhakow, Mann, Goethe, nieszczęśnik Hugo, Wharton, Pratchett, Mo Yan, Tolkien, Akunin, ostatnio uwielbiłam Donnę Tartt, z polskich lubię Pilcha, z tych, co opisują świat bystrym, reporterskim okiem Fallaci, Terzani, Szczygieł, Aleksijewicz, Kisielewski… i zobacz, ja ich wszystkich wymieniam na jednym wdechu!  Ale pomieszałam na koniec, kogel mogel znanych nazwisk, aż palce lizać.

20160201_121106-576x1024